Faktycznie na Baker Street robi się cieplej, pomyślałem wysiadając z autobusu 113. Ogrzany najwyższym stężeniem dwutlenku węgla w najbardziej zanieczyszczonym europejskim mieście, cieszyłem się wyższą niż w piątej strefie temperaturą.
Zamiast ulicy Baker Street, która na moim ulubionym londyńskim skrzyżowaniu pięknie przecina się z Marylebone i znajdujących się na niej wszystkich londyńskich symboli w rodzaju Muzeum Sherlocka Holmesa czy Madame Tussaud, czy, no cóż trochę gdzie indziej, Big Bena, do wyrzygania ciekawych i tak oczywistych jak Pałac Kultury dla warszawiaków czy Kaprys dla tarnobrzeżan, polecałbym spacer po Camden Town, miejscu, w którym pracuje. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego natężenia dziwaków przeróżnej maści od agresywnych do pozytywnie nastawionych (typ jamajski), grzecznych zagadujących bezdomnych (Maybe Big Issue?), gadających do siebie ludzi, modlącego się Żyda w jarmułce z logo Manchesteru United na jej czubku; oni wszyscy wymiksowani z ciekawie ubranym wlokącym się w przeróżne strony pokoleniem indie i biegnącymi na metro do city nudnymi pracownikami biur. W tle Koko i bliskość zanieczyszczeń pierwszej strefy.
Siedziałem naprzeciw Koko w czasie przerwy w pracy kilkadziesiąt-od-zmroku-zrobionych-kaw-później. - What’s on the news today? – zapytał przechodzący weirdo, uchyliłem w jego kierunku pierwszą stronę darmowej thelondonpaper. - 80ft plunge of drunken ‘superman’ – odpowiedział sobie czytając na głos tytuł artykułu. - Not that bad, man, not that bad, it’s not terror or something – wymruczał śmiejąc się szaleńczo i już po chwili nie zwracając na mnie uwagi posunął dalej szukać nowego przyjaciela. Skrzywiłem się, patrząc w dal próbowalem go zrozumieć. Zagłębiłem się ponownie w czytanie artykułu o rasizmie w świecie mody aż przerwała mi niespełna rozumu starsza kobieta, atakująca zza gazety moją prywatność pełną dramaturgii uwagą bym uważał na leżący na stoliku telefon i liczył się w każdej chwili z jego kradzieżą („Mind your mobile!”, wykrzyknęła); zobaczyłem jej siwą głowę nad opatrującym artykuł zdjęciem Naomi Cambell, uchyliłem gazetę, głowa zrównała się na wysokości z bajeranckim napisem Koko (Eh? What for? – zapytałem; – People nick mobile phones!; – Yeah, right, thank you).
Są jeszcze inni. Oni okupują, co wieczór stoliki kawiarń i przez dwie godziny potrafią nie zmienić ustawienia głowy i położenia ciała wpatrując się bezmyślnie w lampę kilometr dalej.
Jakby tego było mało, okazało się, że świra mieliśmy też wewnątrz. Któregoś dnia przy kolejce dwudziestu zniecierpliwionych ludzi, pod naporem tłumu i presji Włoch z Sardynii, typ macho, rozpłakał się na oczach wszystkich. Sytuacja była w moim życiu bezprecedensowa. Nigdy wcześniej nie widziałem płaczącego mężczyzny. Dwudziestokilkulatek, a być może już nawet trzydziestolatek, owłosiony, dość niski zazwyczaj wesoły Salvatore zjednujący sobie sympatię ludzi znajomością przynajmniej jednego słowa z prawdopodobnie każdego języka świata i od razu przy tym zniechęcający, bo żadnego z nich nie umie dobrze, w chwili próby pękł. Zrobił kawę, wybuchnął płaczem, uciekł we łzach z baru przy zdezorientowanych ludziach i schował się w przebieralni. Kapitan pierwszy uciekł z tonącego pokładu.
Sytuacja wyglądała dramatycznie; jego zachowanie skłoniło mnie do myśli, że typ na moich oczach umiera; krzyczałem: what’s wrong man? Wykrzywione nogi włoskiego wraka sugerowały poparzenie. „Co jest nie tak z twoimi nogami?” – jego pokrzywione nogi przerażały mnie, były w tym momencie tak dalekie od ludzkiego wzorca. Przerażony pytałem, czemu płacze, co się dzieje z jego rodziną. Chciałem Włocha przytulić, poprzestałem na klepaniu go po plecach. Z nosa lał się potok, z oczu jeszcze więcej. Nie chciał nic mówić. Zataczając się po założeniu kurtki slalomem potykając się o wszystko wybiegł przy ogłupionych ludziach z kawiarni. Po dwudziestu kilku minutach wrócił i udawał, że nic się nie stało. Na jego twarzy znów zagościł uśmiech, dało się czuć skorość do żartów. Spytałem niepewnie, kurwa, stary, co się z tobą stało. Wydukał po chwili „I have problems with myself”. Oho, Camden się udziela, pomyślałem i już nigdy nie pogadaliśmy poważnie.
Każdego wieczoru po 22 czeka mnie nieodłączne świadectwo, że moje życie nabrało rutyny; pierwsze świadectwo daje mi oczywiście rytm wychodzenia z domu o 10 rano, brak obiadu i powrót o 23. Wtedy, po skończeniu pracy, na stacji metra Mornington Crescent czeka na mnie już przywitanie i uśmiech pozytywnego świra siedzącego zawsze (!), gdy tam jestem na ostatnim miejscu drewnianej ławeczki, tuż przy tunelu.
Czarnoskóry świr Bob – bo tak go na cześć Marleya nazwałem - z rastafariańskimi włosami, po latach przypominają raczej klapnięty worek na ziemniaki, generalnie wygląda i zachowuje się jak postać wyjęta z kreskówki, zawsze wita mnie energicznie machając ręką. Nasza znajomość zaczęła się któregoś dnia, gdy powitał mnie machnięciem ręki – odwróciłem się sprawdzając, czy to, aby na pewno do mnie; usiadłem na najbardziej oddalonym od niego miejscu próbując stłumić śmiech, gdy dyskretnie, wciąż bez zmiany mimiki twarzy (przyklejony uśmiech) zapytał „do you have cannabis?”. Każdego dnia, gdy czekajac na metro spoglądam na niego, co minutę czy dwie, Bob wciąż gapi się na mnie z tym samym jakby-dopiero-co-rozbawionym-dobrym-dowcipem-szerokim uśmiechem; po skrzyżowaniu naszych spojrzen wybucha radośnie w przypływie głupawki.
Aż postanowiłem nawiązać z nim kontakt. Zacząłem się z nim bawić - dzielą nas cztery miejsca na ławce - i gdy on zaczyna uprawiać swoje tupanie nogami w rytm jakiejś piosenki, ja tupię swoimi, ku radości i spazmatycznym napadom jego cichego właściwie nie słyszalnego śmiechu. Jeśli myślicie, że macha każdemu i mnie nie rozpoznaje, to się mylicie. Kiedy któregoś dnia wracałem wcześniej i stacja wypełniona była ludźmi, on z daleko wyłapał mnie z tłumu i częstował swoimi pozdrowieniami, pustym śmiechem i dziecięcą radością, że w końcu spotkał kogoś, kogo zna. Chciałbym wiedzieć ile ten człowiek w życiu wypalił trawy. Szczytem było rozpoznanie mnie, gdy w ścisku tłumu wracających z City urzędników stałem trzymając się żółtej rurki już w powoli rozpędzającym się metrze i otrzymanie zza szyby kolejnych energicznych machnięć ręką, czemu znów towarzyszyła ta jego spektakularna figlarska radość z rozpoznania mnie. Ale przyjaciel, kurwa mać, pomyślałem śmiejąc się w obecności ludzi, którzy na kontach mają tyle funtów, ile Bob w życiu wypalił skrętów.
Ostatnio zacząłem się jednak delikatnie przed Bobem chować. Wracam do domu nie tylko zmęczony rywalizacją z pragnącymi uczynić mopowanie podłogi olimpijską konkurencją Pakistańczykami i Bangladeszami, ale i w coraz bardziej psychicznym nastroju i rosnącym przekonaniu, że to może ze mną, a nie ludźmi, których na ulicach Camden Town spotykam, jest coś nie tak. Jeszcze niepokojący, wywołujący ból brzucha powiew wiatru w metrze. Pół godziny stukotu, patrzenia w podłogę i wracania do dzieciństwa w zabitym ciszą pełnym ludzi przedziale londyńskiego metra.
PS. Od poniedzialku kiedy mialem wrzucic ta notke wiele sie zmienilo. Pozbyli sie mnie z pracy. Salvatore zwolnil sie sam. Bob zniknal. A Londyn juz nigdy nie bedzie taki sam.
Sunday, 17 February 2008
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
14 comments:
zawsze mozesz zadzwonic pod numer z ogloszenia "models wanted!" z thelondonpaper czy Lite. przyjemne z pozytecznym ,innit? ;)
Cóż, życie na ulicy i samotność z każdego potrafią zrobić świra. Napisałbym trochę o tym, co w tej kwestii widziałem w Barcelonie (a widziałem nie jedno) ale jestem tak zajebiście zmęczony, że dziś nie dam rady. Ponadto pierdolę Champions Leauge oraz pracę do napisania na jutro i idę spać.
Karolina!! Aaa! Skasowalbym cala notke zeby nie bylo widac twojego nowego nicka:))) Jak mozna publicznie pisac, to co krzyczymy do siebie przez zamkniete drzwi toalety... Jestes straszna:D Wstyd:D
A ogloszenie do filmu porno wezme pod uwage za tydzien jesli nic nie znajde. To byloby ciekawe. Nowe przezycia. Nowa sytuacja. Pewnie fajna notka by z tego powstala.
Ja wczoraj nawet obejrzalem Champions League. Znudzony, bo znudzony ale obejrzalem. Zryw Liverpoolu wspanialy, a ze zmienilem sie teraz we wroga Wlochow, to ciesze sie podwojnie.
nie nadawałbyś się do filmu porno - już widzę jak narzekasz na duble, podsypiasz w pracy, i na każdym ujęciu masz inny stopień opalenizny;)
poza tym nie chciałbym przypadkowo trafić na ciebie w internecie - już sobie wyobrażam jak oglądam 15 minutowy film i na samym końcu zauważam, że to ty;)
Ja ciebie tez bym nie chcial zobaczyc:)))
Boze oczu mnie bola. 4 godziny w kafejce spedzone na szukaniu pracy, efekt: wyselekcjonowanych 29 pozycji i tyle samo wyslanych maili z cv, czesto z fotka, krotka, czesto ta sama kopiowana gadka po co to robie..
bleee. wracam.
co Przemku? chcialoby sie napisac "eeeej, bez ory!"?
szukaj ,szukaj! mr quereshi nie bedzie laskawy ;)
Tak! Bez ory! Co jak co, ale sa momenty, w ktorym trzeba sie zachowywac z ora.
Ktos zna konotacje tego slowa? Czy mozna sie zachowywaac z ora?
Quereshi bud bud, bedzie musial chyba zrozumiec. Trzy tygodnie go przetrzymam na koniec szkoly.Przeciez,look,he can't live in the street, you know.
ymmmmmmm... but look Przemek ,this is life.mmmmmmmmmmmm.what can we do? :D
hmm,na pewno znasz moje lingwistyczne ciągatki i musisz wiedzieć, że spędziłem cały zeszły rok na badaniu tego słowa i rozmowach z Olkiem, który donosił mi jego występowanie w różnych kontekstach.Choć może ono oznaczać wszystko,to niestety dalej nie wiem co oznacza.
k -to nie zach braff, GS i scena na lotnisku?;)tak brzmi;)
Nie to żebym był nieuprzejmy, ale JAK DŁUGO DO CHOLERY MAM JESZCZE CZEKAĆ NA MOJE PAYSLIPY!!!!!!!!!!
Tyle, ile od srody potrwa ich dojscie do Polski:>
Nie czaje tego "k -to nie zach braff, GS i scena na lotnisku?;)tak brzmi;)" Co tak brzmi?:) Olek? To jakies nowe teksty Olka z podstawowki?;) Kiedys mowiles o tym nowym slowniku polskiego slangu, moze objasnien poszukaj tam:)
(Olek sie podlaczy i napisze: nie chodze juz do podstawowki)
but look...
mysle ,ze ora to skrot od obora.
np.'weeeez,ale obora!łeee' lub 'o jaaa!ale ora!'
w sumie niewielka roznica.
Post a Comment