Radość, czy nawet tylko neutralne oczekiwanie na to, co przyniesie przyszłość po nie żeby tylko delikatnym daniu mi do zrozumienia w Costa Coffee bym już nie wracał i nie prosił o godziny, zamieniła się w przeszytą niepokojem obawę. O tak.
Na dodatek wykazuję słabnące - zdobywszy już schemat przygotowania do ielts’a - zainteresowanie zajęciami, rosnącą frustrację spędzaniem czterech godzin dziennie w autobusie/na przystankach; na dodatek ludzie nie rozumieją moich żartów. Ale najgorzej jednak z pracą. Bo skoro mam problemy z pogodzeniem dziesięciu tygodni głupiego kursu i uczestnictwa w zajęciach z wepchnięciem tygodniowo 28-30-stu godzin pracy w lukę 7 rano – 11/11:30 i 15:30/16:00 do kiedy bądź (+ w wolne weekendy ile się da), to jak sobie to wyobrażam przez 4 lata studiów? To mnie dręczy. Nawet nie cipki. Nie teraz. Tydzień pełen frustracji.
Bo mimo posiadania w czasie studiów zniżek, wydatków na komunikacje rzędu jedynie 10 funtów tygodniowo (zamiast obecnych 25-28, o tak) i możliwości znalezienia sobie pokoju-nory do spółki z kimś być może normalnym za niechby jedyne 65 funtów, to przynajmniej jeśli idzie o Londyn, studiowanie simply ain’t gonna happen. A ja właśnie się uparłem na Londyn.
To stand a chance of doing so zamiast próby zostania niepotrzebnym recepcjonistą za najniższą stawkę, ochotniczym za darmo pracownikiem małego biura czy part-time słabo opłacanym, podrzędnym tłumaczem, muszę skoncentrować się na zbieraniu doświadczeń w pracach, które oferują elastyczniejsze do zajęć godziny - typu bar/waiting staff - i zastąpić je udawanymi pozycjami w CV z Polski, z którymi nikt mnie tu nigdzie nie weźmie. Kolejny mus to odłożenie przynajmniej 2000 funtów na czarną godzinę na okres studiów, by w przypadku utraty pracy nie utonąć, a przede wszystkim wiedzieć, że mogę wyluzować/po prostu zachorować, nie musząc na antybiotykach iść do pracy i - nie ważna gorączka - zasuwać tam szorując szczotką podłogę z prędkością 75 km/h; przy piekielnym bólu gardła wrzeszczeć medium-decaf-skinny-late-take-away-please, czy biegać na zewnątrz ze ścierką w krótkim rękawie przy odsłoniętym chorym gardle i wiejącym zimnym wietrze przecierając upierdolone stoliki. Można by też pomyśleć o poproszeniu na przyszłość o pomoc rodziców, tak by dorzucali wtedy chociaż 100 funtów miesięcznie, co stanowiłoby 1/5 budżetu. To są trzy sprawy.
Akcja pod tytułem idę na studia w Anglii wymyślona dokładnie dwa lata temu w czasie mojego pierwszego prawdziwego gap yearu, który glamoursly spędziłem otwierając pudełka w magazynie, to nie tylko język i potrzeba zdania IELTS na minimum 6.5, czy podjęcie jebanej decyzji co w końcu zamierzam studiować (ostatni wymysł: mieszanka geografii, politologii i języków), ale i sporo pracy logistycznej, przygotowań i kombinowania w dobrym stylu Michała Litwina. Im prędzej się z tym wszystkim uporam i zamknę ten etap - pewnie nie przed EURO 2012 we Włoszech - tym szybciej ze Zdzisławem jedziemy na dupy na Barbados.
Nie myślcie jeszcze o opalonych, naoliwionych, tak ładnie uśmiechających się do słońca czekoladowych pośladkach. Wracamy do rzeczywistości.
Gdy dwa miesiące temu przyjeżdżałem do Londynu miałem na koncie 2300 funtów. Po zapłaceniu jutro dwutygodniowego czynszu będę dysponować 170.
Co się stanie z Przemkiem? Czy zginie? A może przeżyje? Porzuci szkołę na rzecz przeżycia? Czy Bóg istnieje? Czy będzie mógł dalej jeść rybę z warzywami na obiad? Czy problem palestyński kiedyś się skończy? Na te i inne pytania odpowiem za tydzień.
Z szacunku dla czytelnika, na dodatek pod tak chujową notką, chciałbym rozwiązać konkurs a właściwie skopiować to, co napisałem na blogu Olki pod jej notką o Zosi. „Turczynka to wiesniara, Francuzka jest debilka, Brazylijka zniknela, a by uniknac calkowitej porazki przedsiewziecia mojego dokoptowalem Kolumbijke 1 i Kolumbijke 2. 1 okazala sie miec chlopaka; Kolumbijka 2 jest zbyt niska i nigdy slyszala o Monty Pythonie!" Tak więc przepraszam, następnym razem nim rozpiszę konkurs wcześniej pokuszę się o wstepną selekcję;)
Friday, 22 February 2008
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
9 comments:
wow, pierwszy komentarz jest mój :)
to ja mialam jechac na kube ze zdzislawem gdzie mial mi skrecac cygara na udach kubanskich dziewic!
Ze Zdziśkiem można obejrzeć zboczony film, powygłupiać sie, wypić albo dobrze pogadać ale żeby z nim na dupy lecieć? Z całym szacunkiem Zdzisław.
Chyba, że zamienicie Barbados na Jamajkę, to co innego:)
wiedzialam ,ze ten temat wszystkich poruszy.
zdzislaw kazdemu cos obiecal :> ;)
szczerze mowiac, mnie poruszyl fragment o slabo oplacanym, podrzednym tlumaczu :)
obiecanki Czeczenki.
Zdzisław idzie spać.
BTW: michał, zupełnie się nie obrażam, jednak "Barbados na Jamajkę" pokazuje, że tobie też cośtam obiecywałem;)
i dla niewtajemniczonych:
"Ze Zdziśkiem można obejrzeć zboczony film*"
*ambitne kino europejskie
Do Zdzisława: zacznij pobierać opłaty za swoje "usługi" to może w końcu jakoś na tym wyjdziesz;D
Do Przemysława: payslipy doszły (w końcu), dzięki.
ja wyjdę zajebiście, ale ty gorzej;)wy gorzej:)oni gorzej;)
pozostańmy przy tej specyficznej formie filantropii.
Odpowiadam po miesiacu;)
A tam, ja czuje, ze w Zdzislawie drzemia jeszcze nieodkryte umiejetnosci i Barbados bedzie w sam raz!
Zdzisiek sorry, ze sie nie odzywam. Jestem chuj.
Michal sorry, ze nie odpisalem na maila. Jestem chuj.
Post a Comment