Saturday, 5 April 2008

Po trzydziestu minutach pracy w głowie pojawia się chmurka: mam już dwa pięćdziesiąt. Po kwadransie: kolejny funt dwadzieścia pięć. Po wejściu do kuchni spojrzenie na polskiego pomywacza garów. Tegoż z miną „ja pierdolę” przewrót oczami. Ja połażę w tę i z powrotem. W kółko. Zmęczone spojrzenie na wiszący w kuchni zegar. Kolejny funt dwadzieścia pięć i już mam pięć.

Pięć to jedna szesnasta sumy, co tydzień potrzebnej do uiszczenia opłaty za pokój. Kolejnych pięć godzin i mam na bardzo, bardzo marne życie. Ale przecież po kwadransie kolejny funt dwadzieścia pięć. W sieci gastro pubów na poziomie, ale nie pozbawionej delikatnego elementu żularskiego, zwanymi Harvester, pracuję od jakiegoś czasu jako barman; czasem pomagam w restauracji. 50-letnie Krysie, kelnerki z Kaprysu. Starzy 40-letni łysiejący kelnerzy, włoski gej Alfie, który chce mnie zerżnąć. Guillehermo z Urugwaju żyjący z napiwków i bycia miłym. Georgi z bułgarskiego miasteczka utrzymujący pracą kelnera żonę i dziecko. Młode, pyskate Angielki bez biustu, cwaniakujący chodzeniem do angielskiego college’u śmierdzący nastoletni Samir z Albanii. Nick, stały klient, niepozbawiony wdzięku starszawy facet, w przeszłości kibic Chelsea, jednak – jak podkreśla - do momentu, gdy „to wszystko zaczęło się dla pieniędzy”. Co wieczór polewam mu tyle podwójnych miarek Bells’a aż upierdolony majaczy, że dziesięć dni temu w Paryżu kapitanem reprezentacji Anglii był Thierry Henry, a jej trenerem Murzyn.

A jednak jest mi smutno, że nie robię nic kreatywnego, że gdy byłem nastolatkiem nikt nie umiał mi doradzić, ukierunkować na robienie tego, co lubię i na naukę jakiegokolwiek języka (na tyle, na ile Polska mówiąca po polsku może w nauce jakiegokolwiek innego języka pomóc). Nienawidzę polskiego systemu edukacji, który w żaden sposób nie zmusza do ukierunkowania. Przez ten system musiałem odcierpieć swoje zastanawiając się, co chcę robić.

Gdy pracuję w barze w tym oddalonym od domu jedynie o 4 minuty 20 sekund piechotą gastro pubie, czas, bywa, mija szybko i przyjemnie. Ale chwilę spędzane przynajmniej raz w tygodniu w restauracyjnej jego części na bieganiu ze szmatką, sztućcami i zbieraniu talerzy ze stołów spędzają mi sen z powiek. Po kilku godzinach przestaje już liczyć minuty, kwadranse, godziny. Jest mi wszystko jedno, wpadam w trans. Nie odzywam się do nikogo i chodzę myśląc, że jeśli jakakolwiek edukacja ma czemuś służyć, to tylko unikaniu takich zajęć. Bardziej niż na spędzaniu czasu w najlepszym środowisku dla rozwijania zaskakująco po liceum odkrytego hobby, zaczyna mi zależeć na dostrzeżeniu końca zarabiania na siebie w ten sposób. Dotychczas koniec był bardzo mglisty, a meta niewidoczna. Jednak dziś wywieszam białą flagę.

Dziś nic mnie już bardziej nie interesuje - żadne phrasal verby, żadne kolumbijskie biusty - niż dążenie do tego, by spędzanie czterdziestu godzin tygodniowo (ze stu sześćdziesięciu ośmiu) kończyło się jakimś kreatywnym osiągnięciem. Nie zniosę kolejnego roku zapierdalania tylko dla samych pieniędzy i uczenia się języka. Czuję marazm.

Zacząłem sobie pozwalać mieć dosyć w połowie marca, gdy rozmowy w autobusie 27. z kolumbijską koleżanką ze szkoły, Eylen, przestawiły mi w głowie priorytety. Mail od Michała – dziękuje- też dołożył swoje. Popchnęło mnie to wszystko do zadania sobie pytania, po co zmierzam do niekonkretnych studiów w Anglii, których jedynym rezultatem byłaby biegłość w języku i wokół obecność międzynarodowego towarzystwa. Otoczony ostatnio w szkole twardo zmierzającymi po szczeblach kariery ludźmi – nie pochwalam -, chcącymi w UK skończyć zaczęte w swoich ojczystych krajach inżynierskie, prawnicze, medyczne studia, ja Przemek, szary, 23-letni obywatel tego świata z nieudowodnioną łatką humanisty i nie do wymówienia imieniem, zawyłem jednak: p o c o m i t o w s z y s t k o. Skoro robię to tylko dla samego robienia i udowadniania sobie możliwości wykonania rzeczy tej. Not worth it. Pieprzyć studia.

Doszedłem do wniosku, że nie umiem znaleźć niczego innego, co potrafię robić z większą łatwością niż wychodzi mi przelewanie myśli na papier. Pracując w barze przelewam piwo, jako kelner potykam się o swoje nogi i krawędzie dywanów. Jeśli nie spróbuję z pisaniem o futbolu - docelowo z uwzględnieniem w tle czynnika społeczno-ekonomicznego, felietony a la Rafał Stec z Wyborczej;) -, to nie widzę dla siebie lepszych zajęć na tym świecie. 99% z nich to strata czasu, samobójstwo w wieku 27 lat lub wieczny wyrzut sumienia, że nie spróbowałem.

A czas niestety i tak mija. Zapominam jak się pisze w języku polskim, w rozmowach z Karoliną - jak wujek z Ameryki - wieśniacko wrzucam coraz więcej angielskich wyrażeń, coraz trudniej też byłoby mnie oduczyć złych nawyków w pisaniu, a i o futbolu, mieszkając z grubsza już trzeci sezon piłkarski poza Polską, wiem – za wyjątkiem lig angielskich - coraz mniej i mniej. Czytanie World Soccera nie wystarczy, życie pochłania zbyt wiele czasu. Wkrótce jedyne, co będę w stanie robić, to potykać się o dywany. We wrześniu albo nigdy.

Zarobić na egzaminy językowe (nie jadę na Heinekena, sorry chaps, jaki Heineken, w tej chwili jestem takim biedakiem – szkoła zrujnowała mnie finansowo – że doszło do tego, że na śniadanie i obiad kupowałem cztery snickersy za zebrane z dywanu drobniaki. tak. tak).
Te – jeśli nawias powyżej wytrącił was z równowagi, dodam, że chodziło o egzaminy - odpowiednio zdać.
W wakacje odłożyć pieniądze.
Przewieźć 20 kilo nadbagażu.
Warszawa.
(Ile kosztują mieszkania w Warszawie?)

A za dziesięć lat zamiast Dariusza Kurowskiego będę pisać do World Soccera co miesięczne relacje z Polski…


(albo pisać o trzecioligowych występach piłkarzy Hutnika Warszawa)


PS. Lpool scum.

8 comments:

Anonymous said...

Przemo dostałeś maila?

. said...

dostalem Marcin, dostalem, ale udaje, ze nie dostalem, zebys sie nie obrazil, ze tak dlugo odpisuje:)

mialem ci wlasnie napisac: Marcin, bedziemy mieszkac w tym samym miescie! A tu przeprowadzasz sie do Opola...

Anonymous said...

Nigdy nie lubiłem stolicy i 4 lata pobytu tutaj niewiele zmieniły...moze to przez legie...

Anonymous said...

przeciez Warszawa jest najlepsiejsza...

Anonymous said...

przeciez Warszawa jest najlepsiejsza...

Unknown said...
This comment has been removed by the author.
. said...

Ja do warszawy teraz mam stostunek neutralny, miasto jak miasto. Whatever. Do Krakowa, a nie do Wwy, przenioslem sie 4 lata temu ze wzgledu na Wisle i zalowalem. Teraz juz whatever. Ciesze sie tylko, ze mieszka tam osiem razy mniej ludzi niz w Londynie, a same miasto zajmuje dziesieciokrotnie mniejsza powierzchnie. Miasteczko.

:>

Anonymous said...

Hello. This post is likeable, and your blog is very interesting, congratulations :-). I will add in my blogroll =). If possible gives a last there on my blog, it is about the Webcam, I hope you enjoy. The address is http://webcam-brasil.blogspot.com. A hug.