Tuesday, 22 April 2008

Towarzyszył mi tego dnia smutek. W ciszy, którą zagłuszał jedynie dźwięk pikowanych przez pakistańską sprzedawczynię produktów, dało się wyczuć zbiorową mizerię imigrantów z całego świata. Nikt się nie odzywał, nikt nie tętnił życiem. Wszyscy przyszliśmy zrobić tanie zakupy, patrzeć się po swoich butach i uciec do domu, by korzystać z ostatnich wolnych od pracy godzin.

Nalepkę „Polish bread” na chlebie chowam pod kurtką. Gdy na skrzyżowaniu młoda dziewczyna patrzy na to, co jem, opakowanie bułki z napisem „Polish” odwracam na drugą stronę. Cichaczem, z ukrycia, po przygotowaniu akcji bojowej - w tym założeniu kaptura i wbiciu się w tłum - na skrzyżowaniu w centrum Londynu sięgam po polską gazetę. Do autobusu wsiadam z nią zwinięta już w rulonik, tak by nikt nie zdołał rozpoznać nie tylko mojego pochodzenia, ale i bycia obcokrajowcem. Ta choroba towarzyszy mi od pewnego czasu. Dotykała szczególnie na Wyspach prześladowanych po wojnie Irlandczyków, którzy – jak wynikało z opowieści starszej irlandzkiej kobiety zajmującą mnie kiedyś rozmową w autobusie w Nottingham - nie odzywali się do nikogo w miejscach publicznych. Najwyżej mruczeli lub przytakiwali głową. Mimo, że w XXI wieku na prześladowania w cywilizowanych krajach miejsca nie ma, to zaczyna doskwierać mi myśl, że za moimi plecami ludzie myślą, co innego.

Emigracja gdziekolwiek by nie była ma to do siebie, że każdy zaczyna od dna i jest zapychaczem dziur. Ja zapychanie dziur zacząłem najniżej i wciąż je - tym razem trochę wyżej, jako barman – zapycham. Jestem wciąż obywatelem drugiej kategorii, mimo, że nastoletnim Anglikom odbieram godziny w pracy i czuję tego narastającą presję (pamiętacie rywalizację Dudka z Kirlandem w Liverpoolu? już rozumiem, co to znaczy; Dudek był jednak obywatelem pierwszej kategorii). To wszystko było, jest i będzie oczywiste, ale zacząłem myśleć trochę inaczej, że nie tylko jestem zapychaczem dziur, ale i w najgorszej konfiguracji, bo Polakiem.

Dał mi to wyraźnie do zrozumienia 33-letni londyński cieśla, który pewnego dnia opierając się o bar mojego pubu, zabawnie konwersował ze swoim nigeryjskim przyjacielem i popijał Stelle Artois. Mimo, że wraz z Nigeryjczykiem zrywaliśmy tego dnia boki z cieśli i faktu, że zarabia mniej przez, wskazując na mnie tu krzyknął, „nich!”, i polskie praktyki zaniżania cen usług, to po kilku dniach doszło do mnie, że podświadomie częściej niż rzadziej chowam swoją polskości, jak gdybym chował kryminalne wykroczenia z przeszłości.

Uprawiam, więc sztuki kamuflażu przed tubylcami coraz gorzej myśląc o swojej ojczyźnie i zapominając o jej pozytywach. Rozwijam metody udawania, w tym także przed innymi obcokrajowcami, że jestem u siebie. Szukam pocieszeń w pochodzeniu z Unii Europejskiej (cóż, że z najbiedniejszego jego regionu) i wyższości tego faktu nad przynależnością do kontynentu afrykańskiego czy azjatyckiego, ale to nie zmienia nic – i tak jestem obcokrajowcem, co gorsza z kraju, który przeprowadził na to miejsce milionowy desant.

Pozostaje złośliwa satysfakcja z faktu zaistnienia w zbiorowej świadomości Brytyjczyków, odciśnięcia piętna na ich sposobie myślenia, i to na tyle, że słowo „Polish” w społecznym obiegu ma już prawdopodobnie nowe, ukryte znaczenia; nie wspominam o wstawce „all these fucking Polish” oczywiście - chyba, że to nowy idiom i znaczy „miałem zły dzień” - którą w rozmowach opierających się o bar ludzi słyszę przynajmniej raz dziennie. Zaistnieliśmy na dziesiątki lat, i nie ważne, że Cześkami. Good on Poles!

2 comments:

Anonymous said...

...a Michał Gielarek właśnie huknął w poprzeczkę w meczu na szczycie IV ligi podkarpackiej.

. said...

o. to Gielarek - niedoszly chlopak Karoliny - wrocil do Wielkiej Pilki? Az w Echu Dnia pisalo, ze taka kariere w banku w Krakowie robi (w ramach akcji promujemy tarnobrzezan), a tu znow powrot na Aleje Niepodleglosci?

I jaki wynik byl?

I z kim byl mecz na szczycie? Czarni Polaniec czy Izolator Boguchwala?:D

Likwiduja 18. czwartych lig po tym sezonie?