Friday 22 August 2008

POBIEŻNE CZYTANIE.

W tej ostatniej notce postanowiłem wprowadzić pewne ułatwienia umożliwiające pobieżne czytanie. Nad co ważniejszym akapitem będą dostępne nagłówki, tak by przeczytanie notki na blogu było możliwe w minutę zamiast dwóch godzin. Przypomniały mi się słowa Karoliny, która ostatnio wspomniała, że Zdzisiek powiedział jej, iż ten po otrzymaniu ode mnie maila przewija trzy pierwsze akapity, skanuje wzrokiem kolejne trzy i czyta dopiero dwa ostatnie. Mimo to, nie spodziewajcie się poniżej ani mniej przemkizmów, ani mniej przemkowego pierdolenia.


NIENAWIDZĘ MIASTECZEK.

Znów przesunąłem się na mapie świata. Pionek z moim imieniem znalazł się w Polsce, w jej dwusetnym pod względem populacji zgromadzeniu ludzkim, czyli Tarnobrzegu. Towarzyszy mi tu po raz kolejny uczucie potrzeby zrzucenia w to miejsce bomby atomowej, natomiast w bardziej niż podczas czerwcowego pobytu humanitarnej odmianie, bo dopiero po ewakuacji ludności. W czerwcu chciałem wymordować również ludzi, dziś jedynie zrównać z ziemią budynki i wspomnienia. Nie lubię tego miejsca. Kojarzy mi się z gombrowiczowskim upupieniem, tu na nowo czuję się uczniakiem, też niesamodzielnym, czerpiącym od rodziców zjadaczem ich zasobów.


Pożegnałem więc moje Wyspy i mój ostatni na drodze krzyżowej przystanek: Mill Hill i wypełnione bucami z Europy Wschodniej Edgware, gdzie również kiedyś wychował się sam George Micheal. Zresztą, co tu powiedzieć, poor fellow, bo to trochę jak Londyn, ale trochę też jak zadupie.


Mieszkanie w dosyć nudnej, spokojnej, stworzonej dla staruszków dzielnicy z prostopadle wykreślonymi uliczkami nie oznacza, że w Mill Hill, kilkanaście mil od centrum Londynu, się nudziłem. Spędziłem tu najfajniejszy okres mojej emigracji, bez porównania do (bardzo) samotnego trybu życia, jaki prowadziłem w Nottingham i w Castle Donington (dziś nie potrafię wytrzymać jednego dnia w samotności, kiedyś miałem w dupie, że mijały miesiące).


Mimo to, otrzeźwienie i znudzenie przyszło jednak właśnie tam, w północnym Londynie, i na szczęście w odpowiednim czasie; ucieczkę udało się zaklepać na czas. Gdyby nie poszło tak gładko, spędziłbym w tym mieście pewnie kolejny rok (ale w innym miejscu, Camden Town?), codziennie chodząc we własnym towarzystwie na kawę, by czytając The Timesa zapisywać nowe, coraz to bardziej wyszukane słowa, po czym zdać Cambridge Proficiency Exam, przybić sobie gwoźdźmi certyfikat do ściany i robić cokolwiek, byle mieć, co jeść i pieniądze na dwa mecze w miesiącu i jeden koncert. O tym marzyłem w styczniu (spytajcie Karoliny), nie przerażała mnie ta wizja; to mało powiedziane, że nie przerażała.


CO ŻEGNAM.

Z przyjemnością pożegnałem się w tym tygodniu z kilkoma aspektami tamtej rzeczywistości, tamtego wymiaru, jak praca, fizyczny budynek, w którym mieściło się „miejsce pracy”, fizyczni koledzy z pracy, większością byłem już trochę znudzony; ich odpowiedzi na pytanie, jak minął dzień wolny zawsze były w schemacie „got drunk on Saturday, was fun”. Taki sam był też i pół-drechol/pół inteligent John, czytający przyzwoity The Independent (w Anglii oceniałem na wstępie ludzi po gazetach, które czytają), dla którego byłem „the most English Polish he’s ever met” i pierwszym Polakiem, którego usłyszał używającego takich słów jak „quintessential”, „obnoxious”, „inauspicious”, „audacious” i innych moich wynalazków, które zawsze kwintował wyrazistym „what??”, salwą śmiechu i niedowierzaniem.


Inne nieuchwytne elementy, których za jakiś czas będzie mi brakować to obecność Karoliny zza ścianą, a co za tym idzie millhilowy, wieczny brak samotności, ciągłe towarzystwo, do tego odgłos zamykanych drzwi, gdy ona o 9:55 wychodziła do pracy, mojego o 10:25, potem mijania po drodze jej apteki i co jakiś czas wychodzenia przed pub lub zaglądania przez okno, by spróbować dowiedzieć się co 15 metrów dalej robi Karolajn (nigdy nie udawało się dowiedzieć). Brak mi będzie miasta, wspomnień, które pozostaną już tylko wspomnieniami i nie będzie można ich więcej powiązać z kolejną wycieczką w miejsce z którym się łączy. Wspomnę nie raz ludzi i rozmowy z nimi.


Chciałbym się kiedyś jeszcze spotkać z Paulem, 45+ letnim z cyklu „w życiu mi się nie udało” kelnerem, fanatykiem Chelsea od 1972 - wtedy pierwszy raz zajrzał na mecz The Blues -, pogadać o angielskiej piłce i jeszcze raz wysłuchać jego opowieści o wycieczce do komunistycznej Polski w latach 80., raz czy dwa pójść razem na Stamford Bridge (Paul jako chodzący od lat 15-18 razy w sezonie na stadion członek miał wystarczającą ilość punktów do zakwalifikowania się do grona 20 tysięcy kibiców Chelsea na pulę biletów z klubu na finał Ligi Mistrzów i oczywiście za 600 funtów poleciał, za 60 funtów obejrzał i płakał po finale w Moskwie. Człowiek dość pochmurny, mrukliwy, w dwa dni po finale już z powrotem w Lnd wyglądał jeszcze smutniej niż zwykle. Jeśli kiedykolwiek jeszcze się z nim zobaczę - oby, ale ze Stuartem i Benjaminem z Castle Donington też miałem się spotkać w Londynie - będzie to pewnie Euro 2012 w Polsce, chyba, że Chelsea wylosuje polski klub w pucharach albo ja będę cierpieć na nadmiar gotówki i potrzebę obejrzenia jakiegoś meczu Chelsea na żywo). To co jeszcze zabrałbym ze sobą do Polski to obcokrajowcy z każdego kraju, różnorodność, modę, brytyjskie media, pięć kanałów telewizyjnych do których oglądania przyzwyczaiłem się już cholernie i żeby jeszcze w polskim kiosku można było też pomarudzić i po przeglądnięciu dodatków kupić nie tylko Dziennik i GW, ale i The Timesa, The Independent, zajrzeć co piszą w Guardianie…


Oczywiście, negatywów jest więcej, dlatego, cholera, musiałem opuścić tamto miejsce. Serdecznie mam dość nalewania piwek, parzenia kawki, czy niespania w nocy i odpierania telefonów od spóźnionych hotelowych gości, czy o 3 nad ranem ustawiania stołów przed konferencjami i kartek papierów z ołówkami na nich – to są mniej więcej wszystkie pracy, przez jakie przeszedłem w półtora roku (zapomnijmy o kilkudniowych w chwilach desperacji romansach z fabrykami). Choć nie mówię, że niczego z nich się nie nauczyłem, bo szczególnie praca w (to jest przymiotnik) odpowiednio-wypełnionych-wątpliwym-elementem-społecznym barach uczy zdecydowania, szybkości podejmowania decyzji, odporności na stres.


PRZEMKOWE PIERDOLENIE.

Myself rzygam już jednak takim (swoim) podejściem do życia przyznającym punkty doświadczenia za coraz bardziej to trudne przejścia w życiu, popierdolone momenty, każdy się i tak zmienia i idzie do przodu. Nikt nie jest tym samym człowiekiem, co w 2006, niezależnie od tego, co się wydarzyło. Koniec kropka. Nie ma, co dyskutować, czy się zmieniłem. I tak zebranie stu punktów doświadczenia więcej od rówieśników w momencie przekroczenia 35-40 roku życia nie zagwarantuje łatwiejszego, lepszego życia; wtedy będziemy przecież i tak już zgorzkniali, o nawalających ciałach, więc całe to bajdurzenie o zbieraniu doświadczeń zapewne można sobie w dupę wsadzić. Co innego gdyby mieć je (te „punkty”) już teraz, będąc młodym i móc z punktów doświadczenia korzystać teraz.


(zresztą nie ważne). Są rzeczy, o które jednak dbam. I to właśnie zasługa przejść w Anglii. Jeśli za rok czy dwa (asekuracyjnie dwa) zarobki z tego typu „angielskiej” pracy w Warszawie będą wciąż stanowiły większość moich dochodów, to być może zastanowię się wówczas nad tym wszystkim raz jeszcze, czy było warto?; zadumam i zawyje, po co mi był w ogóle cały ten powrót skoro robię to samo. Ale póki, co, cieszę się, że znów gdzieś się dalej przeprowadzam. Bo studia to też dobra do przeprowadzki wymówka.


NIE ZNAJDZIECIE TU NIC CIEKAWEGO. POMIŃCIE.

Po przeglądnięciu zdjęć z zeszłego roku z Nottingham i Castle Donington zdałem sobie sprawę, że – patrząc wstecz - dziś przez to nie umiałbym już przejść. Nie zgodziłbym się na taką samotną tułaczkę, jak w ostatnich dwóch-or-more latach, na takie oszukiwanie siebie. Nie zgodziłbym się na wybieg w przyszłość na więcej niż dwa lata do przodu, też życie w świecie, który wykreowałem, gdzie codzienne rycie miejscowego języka, nadrabianie braków, na początku drastycznych, w stosunku do Brytów, wynagrodzić miała po latach normalna na poziomie rodowitego mieszkańca tego kraju egzystencja, posiadanie znośnej pracy, biały dom w alejce i (po latach czekania w osiemdziesięcio-tysięcznej kolejce na srebrne – zamiast łatwo dostępnego czerwonego – arsenalowe członkostwo bez którego nie można wejść na stadion) upragniony bilet, na choć jeden mecz Arsenalu…


Eksperyment chciałem przeprowadzić na sobie samym, by faktycznie przekonać się, czy w jednym życiu jest możliwa taka całkowita przemiana, transformacja włącznie z akcentem, wsiąknięcie w miejscowe realia. Odkładając na bok pozyskiwanie kwalifikacji potrzebnych także do „znośnej pracy” i łatwiejszemu dzięki temu pogodzeniu się z obranym buntem przeciw naturze (mieszkaniu nie na swojej ziemi, wokół obcych), wsiąknięcie byłoby możliwe przede wszystkim dzięki takiemu opanowaniu języka, w którym nie jarzy się już tylko 70%-99% spośród losowo wybranych z otoczenia kilkudziesięciu zdań, jak jest teraz (o zrozumienie języka pisanego na poziomie 90-99% dużo łatwiej), tylko właśnie te istotne, całe i pełne, zawsze 100%, a tego nie będąc wychowanym tutaj opanować się nie da, chociażby ze względu na to, że angielski jest pod względem zakresu słownictwa dwu- lub trzykrotnie (nie mówię o banalnej gramatyce, podstawach itd.) bogatszy od mojego, matczynego i jeśli od dziecka nie uczy się sześciu określeń w tym samym czasie na to samo słowo - w przeciwieństwie do dwóch, trzech na jedno w polskim - nadrabianie tego zajmuje lata i prawdopodobnie nigdy nie jest możliwe (ok, może i się da, ale nie chcę o tym myśleć bym w Polsce którejś nocy nie obudził się spocony z dramatycznym okrzykiem „Dało się!!! Mogłem mieszkać na Islington!!!”).


JESTEM JUŻ ZDROWY.

Btw, skąd u mnie taka ambicja (przecież jestem chłopcem ze wsi). Jak dziś patrzę na te wypełnione gównem foldery w moim laptopie w stylu studia w Anglii, uniwersytety, rankingi, angielski, certyfikaty, IELTS, CAE, CPE, mapy Anglii, przewodniki, nauka historii miast, myślę sobie, że nie tylko musiałem mieć zdrowo popierdolone w głowie, ale i bardzo tego wszystkiego chcieć. Eksperyment zawrócił mi w głowie.


(Za pięć lat, po zaczętej kupnej France Football na londyńskiej ulicy fazie na francuski będę zdawać w Paryżu francuski odpowiednik CAE, by następnie znudzić się, zmienić zdanie, przenieść się do Caracas, gdzie sprzedając melony na bazarze uczyć się wenezuelskiej odmiany hiszpańskiego. Odpukać)


Wracając na ziemię, nie udało się odłożyć na Canal+ do mieszkania w W-wie (wydaje się, że mam już gdzie mieszkać, Jelonki w płn. Warszawie?), bo na 300 funtów potrzebnych na rok emocji piłkarskich uzbierałem jedynie 15 (oops). Wróciłem wcześniej niż pierwotnie miałem i przyrzekam – wciąż sobie to przyrzekam - że każdą wolną chwilę będę przez miesiąc spędzać grając w piłkę na Górniku.


JUŻ TYPOWE PRZEMKOWE PIERDOLENIE.

Liczba mojej emigracji:

- 2300. Tyle mniej więcej godzin przepracowałem przez półtora roku w Anglii (pomnożone siedemdziesiąt tygodni razy średnio 30 godzin). Ta liczba to okres czasu, w którym wlokąc się dwa km na godzinę mógłbym na piechotę (i najpierw wpław przez Kanał La Manche) pokonać odcinek 4600 km, czyli odległość dzielącą, jeśli wybrać drogę na wschód, mniej więcej Londyn i Moskwę, a jeśli na zachód Londyn z Casablancą, a i tak uznałbym takie zajęcie lepszym sposobem spędzenia czasu niż praca (lepszym również niż czytanie tego bloga, indeed).

- 230. Jeśli założyć, że intelektualnie z każdego dnia można wycisnąć maks. 10 godzin o tyle dni – 230 – jestem z powodu ostatniego półtora roku pracy uboższy. W tym czasie mógłbym obejrzeć 1100 filmów, przeczytać 100 książek lub nauczyć się na pamięć jedną czwartą Pana Tadeusza.

- 15000 (funtów) (bez odliczonego podatku i sum wydawanych na tak bzdetne sprawy jak czynsz i żarcie, również bez tak istotnych jak sumy wydane na gazety). Tyle pieniędzy - łącznie jednak z ośmioma miesiącami z Nottm z sezonu 05/06 - musiało się przemieścić przez moje konto przez ów czas. I co? I chuj! Wracam z dwustoma funtami, które dwa lata temu zresztą były tysiącem sto złotych, dziś są tylko ośmioma set.


Największe porażki emigracji:

- Pomysł małżeństwa z Zohrą (sorry chłopaki, że musieliście tego słuchać).

- Obejrzenie na żywo zaledwie dwóch spotkań ligowych w ojczyźnie futbolu. I to jedynie na poziomie League One (obydwa Nottingham Forest jeszcze dawno temu w sezonie 2005/2006 – musiałem wyjechać z Nottingham, by Forest w końcu wyrwał się z piekła faktycznej trzeciej ligi) i żadnego w czasie ośmiu miesięcy pomieszkiwania w Londynie (mimo, że byłem blisko – czy faktycznie byłem blisko? - pójścia na otwarcie nowego sezonu Premiership i mecz Chelsea v Portsmouth - 4:0 w ostatnią niedzielę - ale na dwa tygodnie przed wydarzeniem nie było już nawet jednego, wolnego niebieskiego krzesełka dla mnie). Za 500 funtów wydanych w styczniu na szkołę angielskiego mogłem mieć 10-12 biletów na mecze Premiership lub około 15-16 na Championship/20 na League One.

- Fakt, że mimo, iż skończyłem pracę, szkołę, generalnie życie w Anglii z upchanymi po kieszeniach na chusteczkach i kartkach papieru numerami telefonów i adresami mailowymi od znajomych, kolegów i przyjaciół, to i tak wiem, że już się nigdy nie spotkamy. Nie spotkam Francka z Peru, Katariny ze Słowacji, Megan z USA, Umara z Pakistanu, Benjamina z Niemiec, Stuarta z Anglii, ani pewnie Eylen i Matiasa z Kolumbii. To okłamywanie siebie i ich, lżenie im prosto w oczy. Upychanie po kieszeniach maili to nieumiejętność prawdziwego pożegnania się.


Największy sukces mojej emigracji.

- Zdecydowałem, że jednak chcę być sławny!


OK. To koniec. To równie dobrze mógłby być kolejny nudny mail do Zdzisława.


JESZCZE TYLKO POMPATYCZNE ZAKOŃCZENIE I JUŻ KOŃCZYMY.


17 stycznia 2007, Rzeszów – Standsted Airport,

19 sierpnia 2008, Luton Airport – Kraków,

Mój sen trwał długo.


(nie wspominając o tym, że tak naprawdę zaczął się trzy lata temu, 17 września 2005 w nocy w autobusie do Nottingham…)


(Wyjechałem 20 letni, wracam 23)



Będę tęsknić.